wydawnictwo: Instytut Praktycznej Edukacji
data wydania: 2007
Mam chorobliwą przypadłość. Kiedy ktoś mnie poucza, strofuje lub robi minę przejawiającą pedagogiczne pobłażanie zwyczajnie się wściekam lub jest mi smutno. Usłyszałem o bogatym ojcu od kolegi. Zrobił wtedy minę wyrażającą pobłażanie dla moich edukacyjnych braków i rozpoczął perorę, którą tylko udawałem że zrozumiałem, bo piliśmy wtedy wódkę. W rzeczywistości nie mogłem pojąć co go opętało, że z jednej strony twierdzi, że pieniądz jako taki nie ma żadnej wartości, a z drugiej nie chce przedrzeć banknotu na dowód pewności swoich sądów. Taka też wydała mi się ta książka, logicznie niespójna, populistyczna i demagogiczna. Uwierzyć w nią to tak jak dać się podejść politykowi z Ruchu Palikota.
Chyba się myliłem (lub dałem się podejść). Przede wszystkim treść jest bardzo przystępna. Autor opisuje swoje ekonomiczne poglądy na tle fabularnej historii młodego, rezolutnego chłopca rozdartego pomiędzy dwa, odmienne podejścia do życia: ojca biologicznego, który pomimo dobrej posady jest zapętloną w wyścig szczurów ofiarą losu - biednym ojcem, a ojcem kolegi, który pomimo początkowo lekko odpychającej powierzchowności okazuje się piewcą ekonomicznego rozsądku - jest to ojciec bogaty. Autor przedstawiając swoje poglądy na pieniądz oczami młodego chłopca sprawia, że wszystko nagle staje się niezwykle jasne, a człowiek dotychczas myślący inaczej czuje się wręcz zażenowany swoim brakiem domyślności. Prosty, przystępny język to główny atut książki i uważam że same idee nie zdobyłyby takiej popularności gdyby nie język właśnie, zwłaszcza, że Kiyosaki Ameryki nie odkrywa, tylko pokazuje ją w innej perspektywie.
A czego właściwie się uczymy?